Strona główna
Opowiadania
Prawa autorskie
Linki
Kontakt

Antoś Skanerowicz

Kiedy Antoś wstał z łóżka najpierw poszedł do toalety gdzie w lustrze zobaczył swoją kaczą mordę. Dziób miał żółty niczym słońce w pełni, a jego oczy były większe niż zwykle, były tak wielkie, że całkowicie zaburzały symetrię tego pięknego kaczego pyszczka. Warto tutaj dodać, że Antoś był kaczorem i to takim z jajami. Ale wróćmy do tych oczu. Prawdopodobnie, dlatego tak wyglądały, że Antoś nie należał do kaczorów, które szybko kładą się spać. Lubił on wieczorem balować i balować w towarzystwie pięknych kaczych kobiet. Kobiety wybierał nie byle jakie. Każda, którą zamierzał poznać bliżej (od dupy strony znaczy się), musiała przejść najpierw rygorystyczne badania kontrolne. Niebyło mowy o tym, aby którakolwiek z jego kobiet miała krzywy dziób, jak również o tym, by była różnokolorowa. Każde piórko musiało mieć dokładnie ten sam kolor inaczej do gara a nie do wyra! Chyba nie muszę wspominać już nawet o takich badaniach, jakimi są badanie podwozia. Z grubsza rzecz ujmując chodzi o to, że taka kacza musiała mieć proste łapy, bo gdzież by Antoś taką no - krzywą kaczkę mógł mieć!.

Wracając jednak do porannego wstawania i przerośniętych oczek. Niestety, nie tylko kobiety były powodem, dla którego oczy Antosia Skanerowicza wyglądały tak, jak żywcem pożyczone z królika. W dużej mierze efekty dzisiejszego wyglądu Antoś zawdzięczał swojej pracy, którą wykonywał jeszcze z 5 lat temu. Pracował on wtedy w wielkiej firmie poligraficznej i całe dnie obsługiwał mocno zużyte ksero. Biedaczysko robił dziennie blisko 3 000 kopi różnego typu dokumentów. Niestety były wśród nich również miniaturki zdjęć erotycznych - to właśnie nad nimi Skanerowicz uszkodził swoje kacze oczy. To właśnie dzięki tym zdjęciom wygląda dziś tak jak wygląda. Znaczy się całkiem ładny z niego kaczor tylko oczka jakieś takie zajęcze.

Kiedy już odszedł od tego lustra, umył dziób i przetarł przekrwione ślepia. Założył na siebie nowy kaczyfrak poczym zamknął drzwi na klucz i ruszył w kierunku klatki kaczkoschodowej. Na dole czekała go wielka niespodzianka - słońce świeciło mocno, a po niebie przesuwały się piękne białe chmurki, na których podróżowały te mniej białe. Antoś widząc tak wspaniale zapowiadający się dzień przełożył swoja walizkę ze skrzydła do dzioba, rozprostował skrzydła i odbił się od ziemi. Po pięciu machnięciach skrzydłami był już kilka metrów nad ziemią, a swoim wzorkiem ogarniał już wiele ładnych, zielonych wzgórków i dolin, a nawet kilka stojących drzew. Tak, widok z lotu ptaka jest niesamowity. Pewnie, dlatego Antoś tak lubił przeloty wszelkiej maści.

Po wyprostowaniu kopytek i odpowiednim ustawieniu skrzydeł wylądował w końcu w swojej pracy. Tej lepszej, tej, którą wykonywał już od blisko pięciu lat. Praca ta była łatwa przyjemna, a do tego dobrze płatna i rozdawali dla personelu za darmo szczepionki na ptasią grypę, o którą tak łatwo w dzisiejszych czasach. Antoś pracował na pełnym etacie. Był stróżem na pobliskiej niewolniczej strusiej fermie. Praca była bardzo satysfakcjonująca, a do tego każdy dzień był wyzwaniem. Zdarzało się kilka razy, iż na fermie wybuchał bunt. Wtedy nie było przebacz. To, co Antoś skrywał pod piórami musiało działać sprawnie i szybko. Skanerowicz był potężnie umięśniony, więc byle struś mu nie zagrażał. Jedyny problem, którego do dziś nie potrafi rozwiązać polega na tym, że cholernie trudno złapać takiego wielkiego ptaka. Bo jak, przypakowany kark kaczor może nadążyć za ptakiem, który miejscami jest w stanie rozpędzić się do prędkości 100km/h. Na nic w tym przypadku zdaje się umiejętność latania. Nawet największe mięśnie nie są wstanie zadać wystarczająco mocnego ciosu z powietrza. Jedyną szansą jest wezwanie kolegów do pomocy i wzięcie takiego strusia z 4 stron. W branży nazywa się to jazdą na 4 baty.

Pierwsze chwile w pracy wyglądają zwykle bardzo podobnie.
- Cześć chłopaki - powiedział Antoś
- Cze Antoś - powiedzieli koledzy.
- Jak tam wieczorek wczoraj spędzaliście, coś nowego wyrwaliście czy znów w bierki graliście?
- A najpierw graliśmy a później poznaliśmy - powiedzieli koledzy.
- No to widzę, że w końcu się rozkręcacie. Kogo mieliście przyjemność poznać, jakaś fajna ta kaka?
- Stary to nie była jedna. Nas było trzech i one były trzy - mówię Ci Antoś pełen wypas.
- Ta jak was znam to one były wypasione a nie wypas był - twardo rzekł.
- Nie pierdziel Antoś nie widziałeś to się nie wymądrzaj - wrzasnął nerwowo Zenek.
- Cóż chyba muszę wam uwierzyć na słowo. Wiem tylko jedno i tak te 3 były gorsze niż ta jedna, która gościła u mnie wczoraj wieczorem. Wszystkie testy przeszła na 5 tylko test piórek na 4,5.
- My według tej skali też ocenialiśmy nasze i średnia ocen była podobna, przy czym każdy miał przyjemność każdą z nich poznać bliżej, więc jakbyś mógł to już się nie licytuj, bo tym razem na pewno lepszy nie byłeś! - ton głosu Zenka wskazywał na dość mocną irytacje.
- Dobra koledzy kaczory pogadamy na ten temat na fermie, a teraz kończyć kawę i do strusi!

Praca na placu zwykle wyglądała w ten sposób, iż wielka napakowana czwórka kaczorów maszerowała po ogrodzonym terenie w kółko. Oczywiście praca nie polegała tylko na chodzeniu. W tego typu robocie dość często trzeba było interweniować w wewnętrzne sprawy strusi. Niejednokrotnie zdarzało się tak, że jakiś lekko nawalony struś próbował się dobrać do jakiejś Bogu ducha winnej strusicy lub też, co gorsza wszczynał bójki w męskim gronie. Wtedy z pomocą ruszali kaczy strażnicy.

Tego dnia również nie obyło się bez podobnego incydentu. Chwilę po wyjściu z kanciapy Antoś, Zenek, Franek i Fred ujrzeli standardowy obrazek, w równie standardowym miejscu. Pod wielkim dębem, czyli tam gdzie spotykała się strusia elita, pojawił się z lekka podpity Długonogi Mietek. Notabene dość dobrze znany wielkiej czwórce. Facet był tak charakterystyczny, że nawet gdyby wszedł na kaczy targ to i tak w cztery kaczki znaleziono by go w maksymalnie pięć minut. Pałer kaczki ruszyły do ataku…
Pierwszy ruszył Antoś. Podbiegł, wybił się z prawej nogi i w locie zadał Długonogiemu cios prosto w dziób - ogłuszając go tym samym. Franek i Fred zaatakowali z powietrza. Jak dwie cegły spadli na jego grzbiet. Niecałą sekundę później Zenek szybkim ślizgiem podciął strusia, który runął z hukiem na ziemie. Wtedy w ruch poszły kajdanki. Antoś zwieńczył dzieło zapinając je na łapach Mietka.

Na przesłuchaniu dzielni struże dowiedzieli się, co sprowokowało Długonogiego do wszczęcia Bujki. Tym razem powodem, dla którego wyskoczył z pięściami do jednego z bardziej zamożnych strusi był fakt, iż cień z wielkiego dębu padał na jego kawałek terenu. Wywiązała się głupia sprzeczka no i stało się (co miało dziś się stać…). Okazało się jednak również, że Mietek był pod wpływem i to, niestety, nie alkoholu. Antoś zaczął wnikliwie zastanawiać się co to do cholery może być. Nie zdarzyło mu się jeszcze wcześniej widzieć tak rozbawionej osoby. Podejrzewał, że może to być coś dziwnego, coś z innego świata. Niestety nie miał jeszcze żadnych dowodów na poparcie swoich urojonych myśli. Postanowił jednak Po męsku porozmawiać z Mietkiem, kiedy w końcu jego wytrawiona z myśli czaszka, zacznie generować jakieś normalniejsze myśli, a oczy spragnione rozumu nabiorą w końcu trochę innego wyrazu.

Po ośmiu godzinach w końcu dało się zamienić z Długonogim parę zdań.
- Słuchaj Mietek, co ty brałeś, że twoje oczy tak wyglądały?
- Ty masz coś do moich oczu? Najpierw spójrz na swoje!
- Tym razem to już przesadziłeś! Fred bierzemy go do pokoju, w którym pobyt zmuszał do mówienia nie takich cwaniaczków jak Mietek!
- Tak jest szefie!
Po 2 godzinach było już wszystko jasne. Za wszystkim stało coś, co Mietek nazwał kosmiczną trawą. Antoś dowiedział się, że ten towar faktycznie jest nieziemski i to w pełnym tego słowa znaczeniu.

Po skończonej pracy, Skanerowicz udał się w kierunku domu. Całą drogę myślał o tym jak wykryć źródło kosmicznej trawy. Problem ten nurtował go jeszcze cały wieczór. Nurtował go do tego stopnia, że po raz pierwszy od kilku miesięcy nie poszedł wieczorem na żadną imprezę. Zmęczony po ciężkim dniu padł do łóżka i zasnął. Spał jak niemowlę, ale przez całą noc wiedział we śnie Mietka i to jego debilnie przenikliwie spojrzenie.

Ciesiel 11/2005

Ciesiel 2005